13tego w piątek, dzień po Tłustym Czwartku a już w Walentynki!

Ależ w tym roku mieliśmy pączki! Wreszcie takie jakie powinny być! Mięciuśkie, puszyste, ale jednocześnie mięsiste. No, w końcu takie wiecie, mające pączkową moc! Jak raz ugryziesz, to nie możesz przestać pożerać!
A że kocham pączki sercem całym, to przeżywam ich niemal doskonałe wykonanie tak jakbym zdobyła jakiego Mount Everesta… No dobra, Giewonta.

Chwaląc się pączkami na Facebooku nie spodziewałam się tego, że wzbudzą aż tak duże zainteresowanie, łącznie z prośbami o przepis!


Zatem przepis:

  • 500g mąki typ 450/550 często piszą na opakowaniach „do ciast drożdżowych”
  • Jedno całe jajko i 4 żółtka
  • 50 g cukru
  • Opakowanie cukru z wanilią lub coś innego z dobrą naturalną wanilią
  • 250 ml mleka
  • 60-80 g masła
  • Drożdże suche jedno opakowanie ok 7-10 g lub świeże ok 25 g
  • Kieliszek jakiegoś mocnego alkoholu wóda/spirytus
  • Cukier puder do posypania, albo zrobienia lukru.
    Lukier to mieszanka cukru pudru z wodą lub sokiem z cytryny
  • Coś do nadziewania, co kto lubi. Ja używam powideł śliwkowych i nadziewam pączki po usmażeniu lub w ogóle, bo takie bez niczego tez lubimy
  • A i jeszcze niecałe pół łyżeczki soli

    To teraz jak robić:
    Do jakiegoś kubka/miseczki odlać trochę mleka z tych 250ml, najlepiej jakby było lekko ciepłe/letnie, łyżkę cukru i ze 2 łyżki mąki – to też ubieramy z tych przygotowanych rzeczy. Wymieszać to ładnie z drożdżami. Przykryć aż drożdże zaczną pracować, czyli na jakieś 10-15 min.
    Teoretycznie używając suchych drożdży nie trzeba ich wcześniej „uruchamiać”, wystarczy dodać do ciasta i już. ALE! Życie mi kilka razy pokazało, że czasami suche drożdże „nie ruszają” , ciasto nie wyrasta. Nie wiem czym to jest spowodowane. Dlatego dla pewności i suche drożdże traktuję jak te świeże. Jak ruszą w rozczynie, to wiem, że żywe i ciasto wyrośnie.
    Kiedy drożdże zaczynają się uruchamiać, to w tym czasie ubijamy żółtka, jajko, cukier i cukier waniliowy na puszystą masę. Kiedy jajca z cukrem i waniliowym dodatkiem mamy ładnie utarte na jasną, puchatą masę, to dodajemy koniecznie przesianą mąkę, rozczyn z drożdżami i zaczynamy powoli wyrabiać ciasto dolewając mleko z rozpuszczonym masłem. Ważne, żeby masło i mleko nie były za cieple, bo zatłuką drożdże i nic nie wyrośnie. Mleko i masło powinny być letnie, mieć prawie temperaturę otoczenia. Dodajemy po chwili alkohol i sól. Dalej wyrabiamy ciasto, nawet i z 15 minut. Ciasto ma być zwarte, trzymać się kupy, odchodzić od ręki/miksera, ale być lekko klejące, ciągnące, nie twarde.
    Przykrywamy i zostawiamy do wyrośnięcia do 2h. Idealnie, jak podwoi objętość. My w tym czasie poszliśmy z Baśką na kontrolę do lecznicy.

    Jak nam ciasto już ładnie wyrośnie, to wywalamy na blat, trochę podsypując mąką. Ciasto należy jeszcze co nieco pomiętosić, żeby ładnie się zebrało do kupy, odchodziło od reki i blatu.
    Następnie, albo rozwałkować na dość gruby ok 2-3 cm placek i z niego wykrawać np szklanką/kubkiem krążki, albo podzielić na 16 części i rękami uformować kulki.
    Z tej ilości ciasta ma wyjść ok. 16-17 dużych pączków.

Smażyć na głębokim tłuszczu. Ja używam oleju rzepakowego. Smażę w temp. ok 175 stopni, i obracam je co chwilę, aby się za bardzo nie zjarały z jednej strony.
Uwaga na temperaturę oleju! Zbyt gorący olej, to pączki się zjarają na zewnątrz a w środku będą surowe, a zbyt zimny olej, to pączki będą bardzo tłuste, bo go dużo wchłoną. I też ważne, aby nie ładować pączków na full, bo jeszcze dość urosną podczas smażenia i braknie im miejsca w rondlu/patelni, czy w tym czymś, w czym je kto smaży.

Smażę pączki „na oko” parę minut z każdej strony. Pierwszego – jak wydaje mi się, że już mogą być OK – wyciągam na próbę i rozwalam, żeby zobaczyć czy w środku jest jeszcze surowy, czy już nie i już wiem ile mniej więcej potrzebują czasu, żeby być idealne w środku.

Jak są OK, to wykładam na ręcznik papierowy. Kiedy trochę przestygną, ale jeszcze są mocno ciepłe, to ładuję w nie powidła (szprycką do nadziewania) a górę zanurzam w lukrze lub wykładam lukier łyżką po kolei na każdego pączka. Odstawiam na bok do wystygnięcia i już.
Można pożerać!
My pożeramy jak jeszcze nie zdążą wystygnąć.

😁